6 Obserwatorzy
33 Obserwuję
emiliateofilanowak

Emilia Teofila Nowak

Autorka powieści obyczajowej pt. "Piromani", twórczyni bloga www.fabryka-dygresji.blogspot.com

Caitlin Moran - Dziewczyna, którą nigdy nie byłam

— feeling love
Kiedy czytam tekst o czternastolatce, której losy tak idealnie zbiegają się z moimi perypetiami sprzed kilku lat, zastanawiam się, czy jestem tak niedojrzała emocjonalnie, czy po prostu każda kobieta musi zmierzyć się z podobnymi problemami. A ponieważ każda z nas boi się momentami życia, czuje, że większość spraw ją przerasta, ale jednocześnie wciąż pozostaje wojowniczką... Odpowiedź nasuwa się sama. 

 


Johanna pochodzi z wielodzietnej rodziny. Jej ojciec jest rencistą, marzącym o zrobieniu kariery w rockowym bandzie, ale wszelkie jego starania kończą się fiaskiem. Matka zajmuje się praktycznie tylko rodzeniem i wychowywaniem dzieci. Johanna, najstarsza z rodzeństwa, nie licząc nastoletniego, wyalienowanego Krissiego, pomaga w domu, jak tylko może. Niestety, pewnego razu, z powodu swojego długiego języka, naraża rodzinę na kłopoty finansowe. Wówczas postanawia wziąć się w garść i zarobić pieniądze. Nie jest to łatwe zadanie, gdy ma się czternaście lat i nadwagę, ale Johanna nie poddaje się. Robi to, co sprawia jej największą frajdę, czyli pisze i słucha muzyki. Po wielu pracowitych miesiącach odzywa się do niej londyńskie czasopismo muzyczne... Zaczyna się wielka kariera, spotkania ze sławami, a także alkoholem i narkotykami...


Dziewczyna, którą nigdy nie byłam nie jest wybitnym dziełem literackim. Czytelnik nie spotka się z zadziwiającymi konstrukcjami językowymi, które zaspokoją jego wysublimowane gusta. Nie jest to jednak błaha opowiastka, jak choćby Pamiętnik księżniczki. Książeczki Meg Cabot nie mogą konkurować z opowieścią Caitlin Moran. Tworzona przez nią proza ma w sobie mądrość, błyskotliwość, życiowość oraz poczucie humoru. Od lektury nie można się oderwać, a czyta się szybko. Czasem z uśmiechem na ustach, czasem z zatrwożeniem, ale przede wszystkim z wielką empatią, bo przecież Johanna, główna bohaterka, to właśnie w większej lub mniejszej mierze osoba, która trzyma Dziewczynę, którą nigdy nie byłam.

Strach dał mi solidną nauczkę: nigdy więcej nie powiem nikomu, jak mi źle. Nigdy nie przyznam się do słabości. To wcale nie pomaga. To tylko pogarsza sprawę.

Taki cytat pojawia się na samym początku utworu. To przemyślenia Johanny, która zwierzyła się ze swojego cierpienia bliskiej, jak wówczas myślała, osobie. Niestety, wywołało to nieprzewidywane konsekwencje. Może to zabrzmieć jako antyrada. Jednak to cenna wskazówka, ponieważ uczy, że w dzisiejszym świecie faktycznie warto uważać na słowa i analizować swoje odczucia. Ale to tylko jedna z lekcji, jakich udziela Caitlin Moran.

 

Autorka przedstawia w fabularnej osnowie swoje własne doświadczenia. Tak jak Johanna, nie skończyła szkoły, a stała się światłą osobą dzięki wielogodzinnym pobytom w bibliotece niemal każdego dnia. W bardzo młodym wieku wygrała konkurs literacki, a później rozpoczęła pracę w popularnym magazynie. Zarówno pisarka, jak i jej bohaterka, pokazują, że warto żyć na swój sposób i tak naprawdę niewiele potrzeba nam do szczęścia. Wystarczy konsekwentnie podążać drogą ku spełnieniu własnych marzeń, robić to, co się lubi oraz pamiętać o byciu dobrym człowiekiem. Recepta prosta i może dla większości banalna, ale warto, naprawdę warto czytać takie książki, by przypominać sobie o tym każdego dnia na nowo. Czasem, jak w przypadku Johanny, bardzo łatwo się zapomnieć.

Nigdy więcej nie pozwól, byś czuła się tak źle. Nigdy nie wracaj do tego miejsca, gdzie pomóc może już tylko nóż. Żyj łagodnie i bądź miła. Nie rób rzeczy, po których chcesz wyrządzić sobie krzywdę. Cokolwiek robisz, każdego dnia, pamiętaj o tym - a potem trzymaj się od tego z daleka.

Oprócz przezabawnych wpadek Johanny, jej usilnych starań polegających na zarabianiu pieniędzy, by wspomóc rodzinę a także pogoni za marzeniami, jesteśmy świadkami fascynującej historii miłosnej dwojga młodych ludzi. W Dziewczynie, którą nigdy nie byłam dotkniemy także samotności, bólu istnienia oraz niedopasowania. A także poczujemy się jak pisarze. Bo dla mnie książka to istny creme de la creme, gdy traktuje o pisaniu. Na koniec jeden z przemiłych cytatów, dotyczących tego fachu.

Pisanie książki jest gorsze niż poród - poród w piekle - po którym się umiera, a potem zostaje przywróconym do życia tylko po to, by urodzić jeszcze jedno dziecko, które tym razem wychodzi oczami - chociaż w oczach nie ma dziur i dziecko nie ma jak stamtąd się wydostać. A może jeszcze gorsze.

Tym przemiłym akcentem chcę polecić Wam rewelacyjną Dziewczynę, którą nigdy nie byłam. Mam nadzieję, że pochłoniecie lekturę tak szybko, jak ja i losy Johanny zostaną w Waszych głowach na długo.

8/10
Źródło materiału: http://fabryka-dygresji.blogspot.com/2016/05/caitlin-moran-dziewczyna-ktora-nigdy.html

Z wysypiska śmieci na salony

— feeling booklikes
Aleja tajemnic - Irving John
Aleja tajemnic traktuje o losach dwójki połowicznych sierot, Meksykanów, mieszkających na wysypisku śmieci w Oaxaca. Juan Diego, mimo bycia nastolatkiem, jest wytrawnym czytelnikiem. Ratuje niechciane książki przez spaleniem, często wyciągając je prosto z płomieni i parząc w ten sposób własne dłonie. Dzięki lekturze przyswaja obce języki i staje się niesamowicie inteligentny jak na swój wiek. Jego młodsza siostra, pełna energii Lupe, nazwana na cześć Matki Bożej z Guadalupe, posiada natomiast dar jasnowidzenia. Nad rodzeństwem czuwa jezuita Pepe i kochający z całego serca dzieci szef wysypiska, Rivera. Matka, piękna i nieszczęśliwa Esperanza,  nie bardzo zajmuje się swoim potomstwem, ale w pewnym sensie należy do tej dziwnej rodziny, w skład której niedługo wejdą również młody amerykanin, uciekający przed poborem do wojska, określany przez Lupe jako dobry gringo, oschły doktor Vargas, transseksualna prostytutka Flor i umartwiający się brat zakonny, uwielbiający hawajskie koszule senior Eduardo. To oczywiście tylko garstka wielobarwnych postaci, jakie przewijają się przez Aleję tajemnic. Mam wrażenie, że jedną z głównych ról, prócz Juana Diego oraz Lupe, gra tutaj Matka Boska (w kilku odmianach).
 
Jednocześnie akcja toczy się również w dużo dalszej przyszłości Juana Diego, kiedy jest sławnym pisarzem, zamieszkującym Stany Zjednoczone. Wyrusza on w podróż na Filipiny, gdzie ma oddać hołd ojcu dawnego przyjaciela. Ale czy to prawdziwa przyczyna jego tułaczki? Co wspólnego mają z nią tabletki i dwie tajemnicze podróżniczki, które zdają się pojawiać i znikać w najmniej (a może i najbardziej?) spodziewanych momentach? 
 
Według mnie jest to książka Johna Irvinga, która ma w sobie bardzo dużo elementów komediowych i najwięcej, spośród wszystkich innych powieści, pierwiastków fantastycznych (dla tych, którzy czytali: nos!). Chyba już nigdy nie przejdę obok figury Matki Boskiej obojętnie... 
 
Czyta się zaskakująco szybko. Musiałam dozować sobie tę przyjemność, by trwała jak najdłużej - wcześniej nie miałam z tym takich problemów, bo Irving momentami potrafi zmęczyć ogromem szczegółów fabularnych. Tym razem było jakby lżej. 
 
Jak zwykle, do gustu przypadli mi bohaterowie. Ich kreacje zostały stworzone w sposób perfekcyjny: są ciekawe, niestandardowe, a relacje między nimi ukazują więzi tak silne, że czasem można tylko pozazdrościć. Historie z ich przeszłości potrafią wywołać dreszcze na karku (Flor, Vargas). I choć w Alei tajemnic sporo zaskoczeń, to w pewnym momencie czytelnik już wie, jaki będzie finał - idealnie wpasowujący się w książkę. Olśnienie przychodzi wtedy, kiedy powinno. Wtedy, kiedy nie ma już nic do odkrycia, bo punkt kulminacyjny właśnie nastąpił. I teraz, po silnym wstrząsie, można ze spokojem (ale i smutkiem) pożegnać się z bohaterami... 
 
Nie przeszkadza mi absolutnie, że książka jest w zasadzie kalką innych historii Irvinga. Jestem zdania, że świadczy to o majestacie mistrza i jego niezrównanego pióra. Pokażcie mi inną osobę, choć jedną, która z tej samej historii potrafi wyczarować dziesięć innych, tak samo fascynujących? 
 

 

A dlaczego polecę Ci tę książkę?
Ponieważ dzięki lekturze możesz zrozumieć lub sobie przypomnieć, iż inność nie jest gorsza niż przeciętność. Zacząć zauważać cuda wokół nas, docenić świat, w jakim żyjemy. I to, że żyjemy. 

 

Przy okazji lektury możemy wyprawić się do upalnego Meksyku i poznać malownicze zakątki Filipin, co jest ciekawe o tyle, że wcześniej Irving zabierał nas głównie do Kanady bądź Europy. 
Będzie to też doskonała sposobność do zastanowienia się nad swoim wyznaniem. Czy wierzymy tylko dlatego, bo wierzą nasi rodzice, i czy przypadkiem tylko nam się tak wydaje, bo prawdziwa wiara to coś, co nie do końca pojmujemy? 
Wreszcie to, co zawsze najmilej witam w twórczości Irvinga, czyli refleksje związane z tworzeniem książki. Polecam Ci serdecznie przeczytanie Alei tajemnic, bo jeśli sam piszesz, znajdziesz tam bezcenne wskazówki co do tworzenia tekstow. Pamiętaj: nie ma pisania bez czytania!

 

Jeżeli czytałeś już Aleję tajemnic, koniecznie podziel się ze mną swoimi wrażeniami w komentarzu poniżej bądź na Facebooku
I czy nie uważasz, że powinieneś przeczytać wcześniejsze książki mistrza? Zanim Cię znajdę alboJednoroczną wdowę
Źródło materiału: http://fabryka-dygresji.blogspot.com/2016/02/john-irving-aleja-tajemnic.html

Małgorzata Halber - Najgorszy człowiek na świecie

Najgorszy człowiek na świecie - Małgorzata Halber
O książce dowiedziałam się od Matiego (lajkujcie tu!). Opowiedział mi o Bohaterze i dziennikarce, która kiedyś piła, a teraz pisze. A potem pożyczył mi lekturę o najbrzydszej okładce na świecie. Różowej, przesłodzonej i raczej nieadekwatnej do treści. Tylko kot ją ratuje. Na szczęście uczę się nie oceniać książki po okładce.
 
 
Zaczęłam czytać podczas gdy znajomi szaleli swoimi armiami w świecie Westeros. Oni starali się zagarnąć dla siebie jak najwięcej planszy (czy coś w tym stylu, nie wiem dokładnie, o co chodzi, no bo czytałam), a ja jak najwięcej zapamiętać z tej niezwykłej książki, która już od pierwszych zdań tak bardzo mnie zafascynowała.
Krystyna pije, bo czuje się samotna. Krystyna pije, bo chce się poczuć pewna siebie. Krystyna pije, bo wszyscy piją. Krystyna pije, bo, jasna cholera, mieszkamy w Polsce, jak można nie pić? Pewnego razu Krystyna jednak się potyka. O swój własny cień, być może. Jest oczywiście pijana, ale zaczyna się całkiem roztropnie zastanawiać, kiedy ostatnio była trzeźwa. Uświadamia sobie, że wysoce prawdopodobne jest, iż alkohol może stanowić w jej życiu całkiem poważny problem. Dlatego, żeby nie pić, zaczyna jarać marychę. I staje się najgorszym człowiekiem na świecie. Na szczęście podejmuje decyzję, że tak dalej być nie może. Postanowiłam przed trzydziestką zostać osobą zdrową. Usłyszałam, że w związku z tym nie mogę już palić jointów i mam pójść do betonowej przychodni ds. uzależnień, gdzie nie trzeba płacić za terapię, i żebym miała blisko, bo nie będzie mi się chciało chodzić - tak zaczyna się ta historia. Historia epicka, stara jak świat, nie mająca nigdy końca. Historia walki z samym sobą.

 

 

Nie płakałam, czytając tę książkę, bo powtarzałam sobie nieustannie, że jestem silna, choć autorka wciąż powtarzała, żeby lepiej tego nie robić, bo łatwo się potem w tym kłamstwie zgubić... Nie płaczę i teraz, pisząc o Najgorszym człowieku na świecie, czyli chyba o sobie, bo nie sądzę, by istniała osoba, która choć w połowie nie utożsamiałaby się z Krystyną. Ale chce mi się płakać. I normalnie aż zastanawiam się, jak to się stało, że nie jestem alkoholiczką. 
 
To jest książka o poszukiwaniu szczęścia. I o taplaniu się w bagnie rozpaczy. O tym, jak bardzo samotni jesteśmy, ze swoimi pragnieniami, indywidualnym sposobem myślenia i skonsternowaniem, bo przez to, że inni aktualnie tak wiele od nas wymagają, my nie potrafimy zadecydować, co jest dla nas najlepsze.
Hmm, brzmi znajomo.
Tak. Tekst Małgorzaty Halber cholernie przypomina mi Piromanów. Nie dość, że opowiada, jak główna bohaterka stara się wydostać z bałaganu, jaki wokół siebie narobiła i dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest, że i Krystyna, i Lidia wreszcie lądują u specjalistów, to jeszcze język, jakim zostały napisane te dwie książki, jest tak do siebie podobny.
Szczery, ośmielę się rzec. Prosty. I bezlitosny.
 
Najgorszy człowiek na świecie to również lektura feministyczna. W pewnym sensie, bo trafi do każdego, nie tylko do kobiet, ale do nich zwłaszcza. To nam każą być zawsze piękne i uśmiechnięte, mieć najpiękniejsze włosy, najszczuplejsze ciała, radzić sobie z całym światem i być silnymi. Wtedy, kiedy nosimy ciężkie zakupy, i wtedy, gdy olewa nas nasz facet. A czy to jest w ogóle możliwe? Po lekturze zaczęłam się zastanawiać, jak to w końcu ze mną jest. To nieprawda, że nigdy nie płaczę. Ja po prostu nie pozwalam nikomu tego widzieć. Skąd w ogóle takie ściemnianie się wzięło? Najgorszy człowiek na świecie podsunął mi trochę odpowiedzi. Wam też podsunie. 
 
 
Kiedy czytałam, czułam się jakby mniej samotna. Zrozumiana. I pocieszona. To ogromna moc tej książki. Nigdy wcześniej nie miałam z takim utworem do czynienia. Książka wniknęła we mnie bardzo głęboko. Uświadomiła mi wiele rzeczy. Nie kierujcie się proszę tym, że to książca o walce z nałogiem, to zbytnie uproszczenie fabuły. Ta książka to życie, po prostu. I bardzo chciałabym, by każdy ją przeczytał. Poproście najbliższych, żeby sprezentowali ją Wam pod choinkę. Albo sami ją kupcie bliskiej Wam osobie, a potem sobie od niej pożyczcie. Dobrze Wam ta lektura w życiu zrobi.
Bo to jest dół, głęboki dół. Ale i drabina, dzięki której można się z tego doła wydostać. Ta lektura to wyciągnięcie ręki do każdego, kto potrzebuje pomocy. Byśmy wiedzieli, że to nie wstyd po prostu o nią poprosić.
 
9/10
Źródło materiału: http://fabryka-dygresji.blogspot.com/2015/12/magorzata-halber-najgorszy-czowiek-na.html

Szczepan Twardoch - Morfina

Hajs, dziwki, dragi i zabawa do białego rana, czyli Warszawka nigdy nie śpi, nawet na początku II wojny światowej. O takich hulankach i swawolach pisze Szczepan Twardoch wMorfinie, czyli jego, uwaga DZIEWIĄTEJ powieści (jeśli ufać Wikipedii). 
qr.miastoliteratury.pl/
O Szczepanie Twardochu każdy Polak powinien już słyszeć. Mam tu na myśli nie tylko dosyć wąskie grono zainteresowanych dobrą polską literaturą, tylko ogół społeczeństwa, bo przecież teraz to wszycy wiedzą, że i pisarz może jeździć merolem. Z ciekawostek, Twardoch istniał również przed zostaniem ambasadorem marki Mercedes-Benz Polska. Urodził się na śląskiej ziemi w 1979 roku i nie wiadomo, co się w jego życiu działo (przynajmniej nie, dopóki nie poznamy treści dzienników pt. Wieloryby i ćmy, która swą premierę będzie mieć Targach Książki w Krakowie), ale po pewnym czasie rozpoczął studiowanie
socjologii. Dziwię się, ale bardzo dobrze, że tak się stało, bo teraz może obalić stereotyp, że socjologia to fabryka bezrobocia. Chociaż, czy do końca? Bo czy pisarz to zawód, czy raczej styl życia? Zabawnie byłoby wpisywać w rubryczkę: technik literat, prawda? (Ale chciałabym)! 
Wracając do bohatera dzisiejszego postu, czyli Szczepana Twardocha; czy wiecie, że zaczynał jako fantasta? Publikował swoje opowiadania m.in. w "Science Fiction" i "Nowej Fantastyce", a jego powieściowy debiut dokonał się w 2007 roku publikacją książki pt. Sternberg nakładem wydawnictwa SuperNOWA.
W wolnym czasie podobno uprawia szermierkę oraz strzelectwo. I podróżuje, nawet tak daleko, jak na Spitzbergen. A tak poza tym, to pisze, dużo pisze, i wydaje mi się, że dziwi mnie to, że napisał coś przed Wiecznym Grunwaldem (o którym, notabene, dowiedziałam się po bumie na Morfinę). Jak widać, wejście w krąg autorów Wydawnictwa Literackiego czyni z pisarza Pisarza, czyli momentalnie daje sławę i pieniądze, więc, moi drodzy piszący przyjaciele, jeśli piszecie, to rękopis najpierw wysyłacie doWydawnictwa Literackiego, a dopiero w drugiej kolejności doWydawnictwa Sorus. ;) 
Ostatnio, już po przyjęciu Mercedesa od Mercedesa, o Twardochu znowu było głośno, tym razem za sprawą drugiej w jego karierze nominacji do Nagrody Nike za powieść Drach, którą miałam przyjemność już na blogu zrecenzować, więc zapraszam. Pisarz został też laureatem Nagrody Fundacji im. Kościelskich, więc ogólnie jest, jakby nie patrzeć, zajebisty. Zresztą, jak spojrzeć, to też, bardzo proszę: 
biblionetka.pl
Jeżeli lubicie mocne wrażenia, albo desperacko potrzebujecie motywacji do rozpoczęcia ćwiczeń tudzież przejścia na zdrowe żywienie, zgooglujcie w grafice takie hasło: Szczepan Twardoch młody. Krótko mówiąc, pisarz jest również najlepszym przykładem na to, że da się wyglądać bardzo dobrze, nawet, gdy kiedyś wyglądało się bardzo źle. A jeszcze krócej mówiąc: wyrobił się chop i tyla! 
 
Oczywiście, wszystko co powyżej, to dygresja, bo nie miałam zamiaru pisać biografii Twardocha, tylko zaopiniować WamMorfinę. Zatem, do meritum.
 
Po wielu miesiącach udręki wreszcie zmęczyłam tego potwornego molocha i powiem Wam, że jestem z tego powodu niesamowicie dumna. 
Wiele miesięcy temu zafascynowała mnie okładka i od tego czasu pragnęłam przeczytać tę książkę. Pod koniec ubiegłego roku odwiedziłam po raz pierwszy Warszawę i nie mogłam z takiej wyprawy wrócić bez książki, więc choć było bardzo mało czasu do odjazdu Polskiego Busa, postanowiłam wstąpić do Empiku. A tam co? A tam Drach. Lekturę pożarłam, a kiedy przetrawiłam, zapragnęłam więcej, więc wreszcie udało mi się nabyć własny egzemplarz Morfiny
Po dwudziestu stronach spasowałam i odłożyłam na półkę.
Morfina to nie jest Drach, zdecydowanie. Zaczyna się tragicznie chaotycznym opisem porażającego kaca, takiego, wiecie, z tych najgorszych, jakie można załapać, gdy na imprezie miesza się dwie paczki fajek z wódą, dragami i nieczystym sumieniem. Główny bohater, Konstanty Willemann, trzydziestoletni Warszawiak, budzi się u swojej kochanki, Salome i próbuje się ogarnąć, by wrócić do domu, gdzie czeka na niego żona Helena i syn Jurek. Kostek świadom jest, że powrót w takim stanie będzie ogromnym wyzwaniem, w końcu nie dość, że po melanżu jest trupem, to jeszcze jego miasto przeżywa właśnie początek niemickiej okupacji, przez co jego żona, patriotka, zapewne będzie miała do niego jeszcze większe niż zwykle pretensje. Dlatego co robi, żeby dobrze zacząć dzień? Daje sobie strzała w żyłę i pieprzy Salome.
Co za idiota, myślałam sobie. Co za pacan, no debil jakiś, nieodpowiedzialny bajerancik, degenerat straszny i barbarzyńca ostatni, ten Konstanty. Fujka, fujka! 
Mijały miesiące, kiedy bum na Twardocha powrócił, znowu wszyscy zaczęli czytać, a potem wyszło info, że pisarz będzie na Targach Książki w Krakowie (dokładnie o 10.00 przy stoisku swojego wydawnictwa - D15), więc się wkurzyłam i zaczęłam czytać, żeby było potem o czym z tym człowiekiem pogadać. 
I, cholera, totalnie mi się odmieniło! 
Do około trzysetnej strony jest trochę pod górkę, bo ciągle ta morfina, depresja, mrok i obrzydliwy momentami seks, ale potem już się płynie przez tekst. Może to kwestia przyzwyczajenia, nie wiem, odnoszę wrażenie, że za dużo tam wodolejstwa, że można byłoby to napisać w tak samo efektowny sposób, ale bardziej oszczędzając słowo. To jedyna wada tej książki, bo przekonałam się również do samego Konstantego Willemanna.
Przede wszystkim Kostek jest hedonistą i nawet nie próbuje zaprzeczać przed samym sobą, że sprawy mają się inaczej. Lubi imprezki i lubi używki, lubi szastać hajsem i może sobie na to pozwolić, bo ma go sporo, więc dlaczego w zasadzie tego nie robić? Lubi też kobiety, a skoro te na niego lecą, to czemu nie korzystać? 
W pierwszej części książki ma też depresję. Jest totalnie pogubiony w świecie, w jakim przyszło mu żyć. Ma trzydzieści lat, więc mógłby się jeszcze bawić, również ze swoją żoną i synkiem, ale nie. Wojna. Trzeba być albo patriotą, albo zdrajdą. A Kostek nie lubi, gdy mu się mówi, że coś trzeba. 
Presja społeczeństwa nie jest natomiast tak silna, jak presja matki, która jest starą wariatką (to nie inwektywa wobec tej świetnie skrojonej postaci, to po prostu fakt). Relacja kobiety z synem jest bardzo toksyczna. Nic dziwnego, że Kostek ma potem problemy ze zdefiniowaniem, kim jest tak naprawdę, gdy rozpoczyna swoje samodzielne życie, pozornie z dala od matki. Nie bez wpływu jest również brak ojca, niemieckiego oficera. To prawda: Kostek jest niedojrzałym egocentrykiem, ale zważywszy na jego otoczenie i grunt, na jakim się wychował, nie ma czemu się dziwić. Momentami chciałam mu nakopać, tak mnie irytował, ale wreszcie Kostek przestał srać żarem (czyli robić z igły widły, weltschmeryzować bez końca, ogólnie: użalać się nad sobą) i wtedy było cacy.
Tak, postać Konstantego Willemanna jest naprawdę rewelacyjnie wymyślona i napisana. Bohater pokazuje, że nie każdy musi być bohaterem, że nie każdy jest stworzony do wniosłych czynów. I nie ma w tym nic złego. Za to w ludziach i ich postawach jest tyle samo złego, co i dobrego, nic nie jest czarno-białe. Patriotyzm może zniszczyć życie tak samo jak nienawiść do ziemi, z której pochodzimy. A ludzie? Ludzie to ludzie. Żyją, nawet podczas wojny. 
Warszawa jest w Morfinie zdecydowanie jedną z bohaterek. Pięknie i dokładnie opisane scenerie stolicy działają na wyobraźnię. Nie tak, jak się mówi obecnie, że Warszawa to miejsce, które nie może się podnieść po wojnie, że cały czas w pewien sposób jest martwe. Warsawa opisana przez Twardocha żyje i ma się świetnie, ale czuje się w powietrzu, że zaraz zostanie jej zadany śmiertelny cios...
Choć realia historyczne zostały na pewno dokładnie odwzorowane w książce przez jej twórcę, to wcale nie zwracałam na nie zbytniej uwagi. Mnie urzekła walka Konstantego z oczekiwaniami innych oraz tajemnicza żeńska narracja. Zmiany perspektywy z męskiej na żeńską i zastanawianie się, kto tam jeszcze jest razem z głównym bohaterem, totalnie mnie oczarowały. W przeciwieństwie do samej końcówki książki. Tak, byłam zła, ale jestem jednocześnie bardzo zadowolona, że powieść otrzymała taki finał. Jedyny słuszny.
 
No cóż, przeczytajcie, zmierzcie się z tym opasłym tomiskiem, jeśli dacie radę, to koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami, bo jestem bardzo ciekawa innych opinii. Dla mnie solidne 
 
8/10
 
Ponieważ zaś, jak Wam wiadomo, w następny weekend będę urzędować w Krakowie, dokładniej na Galicyjskiej 9,zapraszam wszystkich serdecznie do stoiska C75. Ściągajcie aplikację targową na smartfony i odbierajcie rabaty. Albo przynieście używane książki na wymianę, też dostaniecie zniżki. A jak komuś nie styka na karnecik na ten event, to niech da znać, załatwię. A jak komuś nie pasuje, a chciałby na przykład spotkać się ze Szczepanem Twardochem i zadać mu jakieś pytanie, to bardzo Was proszę, wpiszcie je w komentarzu poniżej. Postaram się wystać swoje w kolejce i przeprowadzić z autorem mini-wywiad, jeżeli się zgodzi. 
A na koniec zapytam Was o logo naszego wydawnictwa, które fajniejsze, to po prawej, czy po lewej? Bo nie możemy się zdecydować (ja mam swój typ, ale dyskusje wciaż trwają, więc pomóżcie, klikając w TEN LINK i dając znać, co sądzice!). 
A poza tym to ściskam Was dziobaski i dbajcie, żeby się nie przeziębić, bo pogoda po prostu pas-kud-na!
Źródło materiału: http://fabryka-dygresji.blogspot.com

Miłość w ogniu albo płomień miłości

Witajcie pośród październikowej pluchy i dojmującego zimna. Mam nadzieję, że w Waszych domach i sercach nie brakuje ciepła! Żeby nieco Was rozgrzać, przygotowałam dla Was cytaty z "Piromanów". Zachęcam Was do dyskusji na temat najgorętszych uczuć. Niech posypią się iskry! 

 

Kiedy możemy być pewni, że uczucie, które w nas kiełkuje, jest właśnie tym uczuciem? I skąd wiedzieć, że druga osoba je odwzajemnia? Jak zapytuje Adam Mickiewicz w "Niepewności": "Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie"?

Rozmowy o uczuciach to chyba jedne z najcięższych. Jak zacząć?

Czy to idealna wizja związku? Bycie razem i niewidzenie poza sobą świata? Doświadczenia tytułowych piromanów pokazują, że jest wręcz przeciwnie, a miłość w stylu Romea i Julii nie ma obecnie racji bytu wśród młodych ludzi. A Wy? Jak sądzicie?

No tak. Gdzie ci mężczyźni? Gdzież oni się podziali?! Czy czytaliście może najnowszą książkę pt. "Gdzie ci mężczyźni" Philipa G. Zimbardo i Nikity Coulombe? Czy zgadzacie się z naukowcami, że teraźniejszość jest czyhającym na mężczyzn zagrożeniem? 

To słowa narratorki "Piromanów", Lidii, której życie seksualne i uczuciowe niekoniecznie się ze sobą pokrywa. Ciekawa jestem, jakie są Wasze opinie. Ja sama nie do końca się z tym zgadzam. 

I największa zagwozdka: czy miłość potrafi istnieć bez godności? A może jest ona niezbędna, by zaistniało prawdziwe uczucie między dwójką ludzi? 

 

Wykorzystajmy literaturę, by dojść do własnych wniosków. Niech będzie ona pretekstem do rozmowy. 

O co pytają, gdy dowiedzą się, że piszesz książki i dlaczego od razu szufladkują?

Zebrałam dla Was pytania, które najczęściej trafiają mi się w związku z Piromanami, bo jestem ciekawa, czy Wy, jeśli są wśród Was osoby o podobnej sytuacji (to stwierdzenie brzmi, jakbyśmy byli dotknięci przez jakąś klęskę żywiołową, albo chociaż życiową), macie podobnie. Wiadomo, z reguły pisarz cieszy się, gdy ktoś zainteresuje się jego twórczością. Ale czy zawsze?

 

 

No właśnie, zastanawiam się, bo nasze polskie zaciekawienie czasami przeradza się we wścibstwo. Czasem chcemy po prostu być mili, a czasem skierować pytanie tak, by informacje wykorzystać dla własnej korzyści. Na ogół podchodzę z dystansem do takich osób i samej siebie, staram się po prostu cieszyć, że ktoś pomyślał o mnie jako o osobie obcującej z tekstem (bo czy o pisarce, czy literatce, czy po prostu autorce? o tym konkretnie zastanawiam się TUTAJ, zapraszam). Lubię otrzymywać pytania. Lubię udzielać na nie odpowiedzi. Ale z czasem nasuwają mi się dodatkowe refleksje i chcę się nimi dziś z Wami podzielić. Przedstawiam Wam zatem 7 pytań, które najczęściej zadają ludzie, gdy dowiedzą się, że piszesz książki...

 

... i gdy dowiedzą się, że jesteś debiutantem.

 


 

1. O czym jest twoja książka?

Trudno jest odpowiedzieć mi na to pytanie. Z reguły mówię, że o problemach młodych ludzi. Ostatnio wyszło mi dokładnie: "No wie pan, problemy młodzieży, depresja, takie tam". Mój rozmówca na to: "O narkomanach"? Kiepska jestem w tych dialogach, zaczęłam się motać, niby mówić, że nie, potem, że jednak tak (zapomniałam, że jest tam taki wątek, w końcu ani Czesław, ani Lidka to nie aniołki), na szczęście mój wydawca wykazuje się zazwyczaj większą elokwencją. Tym razem uratował mnie tekstem: "No prawie, o studentach". I niby wszystko fajnie i śmiesznie, ale im więcej przychodzi mi mówić spontanicznie o mojej książce, tym bardziej się w sobie zamykam, wobec czego dochodzi do dwóch dziwnych zjawisk. Piromani to jedna z moich ulubionych książek. Kiedy czytałam rewelacyjną książkę, mówiłam sobie: zajebista, napisałabym taką, ale ktoś już mnie ubiegł. W przypadku Piromanów wiem, że to świetna książka, którą nie dość, że napisałam, to jeszcze chciałabym czytać. Więc, po drugie, dlaczego nie potrafię o niej mówić godzinami, tak jak w przypadku twórczości Karpowicza czy Vargi? Chyba zacznę się czuć jak socjopata. Nie wiem, co się dzieje, mam nadzieję, że to chwilowy stan. Taki jesienny katar albo debiutancka czkawka. Może Wy macie jakieś racjonalne uzasadnienie?

 

 

buzzfeed.com

 

2. Jak sprzedaje się twoja książka?

A tego pytania to serio nie lubię. Z jednej strony sprzedaje się słabo, no bo jakby porównać z Kingiem albo Irvingiem, to głowa mała. Ale z drugiej strony, patrząc na bezlitosny rynek ksiązki, to chyba nie najgorzej. Wszystko zatem zależy od punktu widzenia, ale gdy słyszę takie pytanie, to zastanawiam się, czemu ma ono służyć. Zajrzeniu mi do portfela? No a jeśli powiem, że sprzedaje się rewelacyjnie, to jaka będzie odpowiedź rozmówcy? "No to super" albo "Fajnie". I do czego ma to prowadzić?

Pieprzone small talki.

 

... gdy dowiedzą się, że piszesz drugą książkę.

3. No spoko, niech wpadnie, zapraszam... Ale co, będzie to potem opisywać w książce?

Moi drodzy, Piromani to nie reportaż, to fikcja literacka, po prostu inspirowana życiem, tak jak każda inna książka, w której można odnaleźć jakiś pierwowzór bohatera czy sytuację w jakiś sposób analogiczną dla wydarzeń z rzeczywistości. Dużo tam też tekstów z innych książek czy odniesień do filmów. Nie chodzi o to, że nie jesteście na tyle interesujący, by znaleźć się w powieści. Wręcz przeciwnie. Ale to nie tak, że obmaluję Wam tam tyłki czy coś, bo mam inne pomysły.

Powyższe teksty usłyszałam może ze dwa, trzy razy w minionych miesiącach i nigdy wprost, ale za każdym razem były dla mnie po prostu dziwne. Irracjonalne. Abstrakcyjne. Zabawne. I na swój sposób absolutnie urocze.

 

4. O czym będzie twoja druga książka?

O kazirodztwie. I o Poznaniu. Tak podejrzewam, bo już zaczęłam pisać, ale różnie z tym bywa. Piromani mieli początkowo w ogóle nie ukazywać się drukiem, a wyszło, jak widać. Życie zaskakuje.

 

... gdy przeczytają Piromanów.

5. Dlaczego jest tam tyle wulgaryzmów?

To nie tak, że tyle przeklinam, czy to w mowie, czy w myślach. Po prostu scharakteryzowałam pewne szczególne środowisko, które niegdyś przesiąknięte było intelektualistycznymi ideałami, zaś teraz zdaje się być równią pochyłą. Młodzi ludzie w akademikach mówią tak, a nie inaczej.

 

weheartit.com/entry/2360135

 

6. Czemu taka grzeczna dziewczyna pisze o takich brzydkich rzeczach?

Kolejne dziwne pytanie. Czy jestem grzeczna? I czy wydarzenia, które opisuję w Piromanach, są... brzydkie?

Piszę o miłości i jej poszukiwaniu, o chęci oderwania się od codziennego marazmu, o poszukiwaniu swojej własnej drogi oraz o prawdziwej przyjaźni. Przy okazji wspominam o byciu wykorzystywanym, o załamaniu nerwowym, o tym, jak łatwo się zagubić... Nie tylko o chlaniu, jaraniu i biciu się. Zależy, co się wyciąga z tej historii.

 

7. Kiedy będę mógł dostać podpis?

To pytanie mnie dziwi, zwłaszcza u moich znajomych, gdy zadawane jest z jakąś nutą wątpliwości. Mam ochotę pomachać im ręką przed oczyma i zawołać: Halo! Ja się nie zmieniłam. Masz mój numer, masz mojego fejsa. To, że wydałam książkę, nie czyni mnie lepszą. Nigdy bym tak nie pomyślała. Na ogół bardzo staram się nie czuć od nikogo lepszą, więc wciąż możemy się umówić na piwo, a przy okazji podpiszę ten egzemplarz. (Początkowo nigdy nie wiedziałam, co pisać w dedykacjach, ale teraz uważam, że to wielka frajda).

 

*

Ludzie pytają też, co zmieniło się po tym, jak moja książka została opublikowana. Nic, prócz tego, że zamiast pytać, jak zdrowie czy co u rodziców, pytają o tematy związane z Piromanami. To bardzo miłe, że ich wydanie obiło się echem wśród znajomych. I że dzięki temu wydarzeniu grono znajomych mogłam znacznie poszerzyć. Zawsze chciałam wydać książkę, no i mam. Ale nie jestem tylko pisarką. Jestem też żywym człowiekiem, którego, o dziwo, świat nie toczy się tylko i wyłącznie wobec pisania czy czytania. Nie obrażam się, gdy ktoś woli porozmawiać ze mną o jego kocie. Wręcz przeciwnie. Czuję się wówczas momentami nawet bardziej komfortowo. 

 

morguefile.com/

 

Podobną sytuację za czasów szkolnych miała moja koleżanka. Zawsze była najlepszą uczennicą, więc ludzie postrzegali ją jako kujona. Zadawali pytania związane tylko i wyłącznie z lekcjami, a przecież dziewczyna miała dużo innych pasji. Tylko etykietka kujona po prostu do niej przylgnęła i nikt nawet nie chciał się zastanowić, co jeszcze się w tej osobie skrywa. A kryło się bardzo wiele.

 

Właśnie to uwielbiam w spotkaniach z ludźmi. Idę na przykład zrobić wywiad z pisarzem, a okazuje się, że jest on również szczęśliwym ojcem i to z tego najbardziej jest dumny. Wszyscy myślą: o, Justyna Kowalczyk, nasza najlepsza narciarka, na pewno zdobędzie złoto! A jeśli nie zdobywa? A jeśli okazuje się, że jest prawdziwym człowiekiem, nie plasteliną wykreowaną przez media? Że i jej przydarza się porażka, że może zachowywać się i odczuwać jak zwykły człowiek? A to dopiero zdziwienie, tej. 

 

Myślmy szeroko. I nieustannie poszerzajmy horyzonty, zwłaszcza, gdy chcemy komuś przyczepić etykietkę. Najlepiej w ogóle tego nie róbmy. Z ludźmi jak z książkami. Możesz poznać na pierwszy rzut oka, która to sci-fi, a która to powieść psychologiczna, ale o czym traktuje i co tak naprawdę jest jej głównym wątkiem - już nie bardzo. Wypadałoby więc chociaż przeczytać tekst z tyłu okładki. Nawet tytuł tej notki, 7 pytań, które zadają ludzie, gdy dowiedzą się, że piszesz książki, może być w pewnym sensie mylący.

 

Teraz to już naprawdę wszystko w temacie.

Źródło materiału: http://fabryka-dygresji.blogspot.com/2015/09/pytan-ktore-zadaja-ludzi-gdy-dowiedza.html

Jak napisać dobry dialog

Jak napisać dobry dialog? Już odpowiadam: nie pisać go wcale. Chcecie wiedzieć, na jakiej podstawie stwierdzam w księgarni, czy książka jest dobra i chcę ją przeczytać? Otwieram ją i przerzucam kilka stron. Jeśli nie znajdę dialogów lub prawie nie znajdę, uznam, że to niezła pozycja. O wiele trudniej bowiem stworzyć płynną, bogatą w akcję narrację, niż dialogi, które nadają wydarzeniom pędu. Ale i na tych można się ostro wyłożyć. Jak w życiu. 

 

Angus Cameron, Flickr

 


 

Umiejętność mówienia, czyli retoryka, jest niezwykle trudną sztuką. Niejednokrotnie żałowałam, że lepiej mi pisać, niż mówić. Być może nie mam cierpliwości do ciągłego otwierania ust albo nawet i ludzi. Jeżeli mówią coś, z czym nie do końca się zgadzam, w większości przypadków wzruszę ramionami. Zresztą, zależy, o co chodzi. Gdyby jednak na uniwersytetach wciąż uczono ars bene dicendi*, bazując choćby na radach Cycerona, życie mogłoby być łatwiejsze. Politycy nie obrzucaliby się w sejmie łajnem, a mającą logiczne podstawy argumentacją. Bez zbędnego stresu potrafilibyśmy podejść do urzędu i nakłonić panią w okienku, by nam jeszcze pomogła, mimo że kończy pracę za pół godziny, więc w danym momencie nie ma ochoty na podejmowanie żadnej nowej sprawy (która zajmie ze trzy minuty). Ale nic to, trzeba sobie radzić samemu, czerpiąc wiedzę z mądrych ksiąg, od mądrych ludzi i z własnego doświadczenia, co również jest bardzo ciekawe. 

 

Pisząc powieść, opowiadanie, nowelę czy jakikolwiek inny utwór prozatorski, w jaki zamierzasz wpleść dialog, pamiętaj, że Twoja postać prawdopodobnie również nie wylądowała na kursie retoryki. Dlatego nie dość, iż nie musi posługiwać się pełnymi epitetów zdaniami, może zostać również często opacznie zrozumiana. Jak w życiu. Dla mnie, im bardziej dialog odwzajemnia naturalny sposób komunikowania się, tym zdatniejszy do spożycia. Nawet, jeśli wiąże się to z użyciem wulgaryzmów, wielokropków czy onomatopej. 

 

Czytając klasyków, z pewnością zauważysz, że im dalej cofnąć się w czasie, tym bardziej teatralne i nierealistyczne rozmowy bohaterów.

 

Tak trafnie pisze Tomasz Węcki na stronie Spisekpisarzy.pl, gdzie również znajdziecie kilka porad jak napisać dobry dialog. Przedtem jednak warto się zastanowić, co wpływa na to, że dany bohater mówi tak, a nie inaczej. Są to najrozmaitsze czynniki, głównie środowiskowe. Wyobraź sobie postać albo weź taką, którą już stworzyłeś. I sprawdź, czy to, jaka jest, na pewno odpowiada temu, jak mówi. 

 

Co zatem głównie definiuje mowę bohatera?

 

1) Pochodzenie geograficzne.

Na Mazurach mówią inaczej, niż na Śląsku, i choć zarówno w krainie jezior, jak i na południu Polski, językowi nieobce są niemieckie zwroty, to akcent rozkłada się w zupełnie inny sposób. 

Z kolei Poznaniacy przy każdej okazji uwielbiają mówić, że niosą zakupy w tytce, a na końcu zdania dodają melodyjne tej! Jeśli Twoi bohaterowie pochodzą z różnych części Polski, warto opisać to w tekście, dla jego urozmaicenia. Co jednak, gdy pochodzą z różnych części świata? Nic prostszego. Czasem warto wpleść zwrot w innym języku lub jakieś słówko. Warto też jednak poczytać o kulturze tamtych krajów, jeśli nie mieliśmy z nią wcześniej do czynienia. Zachowanie Induski będzie się różnić od zachowania Amerykanki, co koniecznie trzeba uwzględnić. To samo, jeśli chodzi o wyznanie. Bogobojna muzułmanka krzycząca na męża jest bowiem abstrakcją. (Czego bardzo żałuję, no ale...). Dbajcie zatem o zachowanie spójności.

 

2) Wykształcenie.

To jasne, że osoba, która skończyła swoją edukację na poziomie podstawowym, obracała się od tego czasu w mętnym środowisku skupionym wokół butelki taniego wina i wyłudzania od przechodniów drobnych, nie będzie mówiła kwiecistymi zdaniami, chociaż taki paradoks zapewne byłby zabawny. Zastosowałam podobny w Piromanach, przy tworzeniu postaci Kiryła, prostolinijnego chłopaka, dresa, dresem, który przyjechał z Ukrainy do Poznania, by poślubić Polkę i w ten sposób zdobyć obywatelstwo. Kirył uwielbia palić trawkę, ale z powodu zamiłowania do książkowej fantastyki, perfekcyjnie mówi po polsku, i to w starodawnym stylu, jakiego nie powstydziłby się (być może) hrabia Fredro. Taki zabieg miał wywoływać efekt komiczny, chociaż może bardziej nadać postaci oryginalniejszego rysu indywidualnego. Czy się udało? Nie mnie sądzić. (Ale ci z Was, którzy przeczytali, mogą pyknąć w komentarzu swoją opinię; zapraszam, polecam, pozdrawiam, Emilka). 

 

3) Wiek.

Sońka Karpowicza nie będzie mówiła yolo, ręczę Wam; w spokoju poprowadzi przez wieś swoją krasulę, a gdy w pobliżu zatrzyma się merol z warszawską rejestracją, skwituje to w następujący sposób: Tfu, myśli Sonia, prystanuli i budać scać. Nie każda babulinka musi mówić językiem z początków ubiegłego stulecia, ale pamiętajcie, że poglądy takiej kobiety będą w większości bardziej konserwatywne od nastolatki, która żyje w świecie snanpchata** i bansującej w teledyskach na golasa Miley Cyrus. 

 

Kadr z filmu Kawa i papierosy

4) Relacje.

Tak jak i w życiu, tak w literaturze relacje definiują sposób wyrażania się do rozmówcy; tylko recydywista nazwie nauczycielkę szmatą (prosto w oczy, wiadomo, bo po dzwonku kończącym lekcje różne rzeczy się zdarzają). Wracając do Piromanów: nawet Szoszana... No, nawet Szoszana potrafiłaby się powstrzymać, gdyby było trzeba. Chociaż sama co do tego mam pewne wątpliwości...

 

5) Odczucia względem tematu rozmowy.

Przecież nie wszystkim pasuje temat dyskusji, niektórych może nudzić, innych nadmiernie ekscytować - postarajcie się to wyrazić. 

 

Uwzględniając powyższe aspekty, powinniście mniej więcej wiedzieć już, jak zapisać wypowiedź jednego bohatera, ale niekoniecznie, jak napisać dobry dialog. Stylizacja to jedno, ale kontekst - do drugie. Nawet prymuska z najlepszej klasy w ogólniaku może zakląć, gdy zobaczy swojego chłopaka, całującego obcą dziewczynę. Są sytuacje, w których ludzie, jakich niby dobrze znamy, zachowują się w sposób kompletnie nieprzewidziany. Pozwól, by ta zasada z rzeczywistości przeniosła się również na kartki papieru. W końcu kto by pomyślał, że Bilbo Baggins jednak opuści swój Pagórek? Na pewno nie Bilbo. 

 

Teraz może trochę się zdziwicie, ale dialog, a nawet jego zapis, to nie tylko słowa rzucane przez dwójkę lub więcej rozmówców. Bywa wręcz przeciwnie. Podskórnie czujemy przecież intencje drugiej osoby, nawet, jeśli jej słowa wyrażają co innego. Znamy jej punkt widzenia i nasz stosunek do nas. Dlatego Lidia, bohaterka Piromanów, widząc uśmiechającego się Nieboskiego, nie zapyta, co wywołało u niego taką szczęśliwość (a jeśli już, zrobi to ironicznie). Łącząca ich relacja jest o wiele bardziej skomplikowana, dlatego Lidia może nawet z agresją zapyta: O co ci do cholery chodzi?!

 

W ten sposób dialog staje się fenomenalnym narzędziem do ukazania charakteru postaci. Najlepiej właśnie zrobić to przez słowa samego bohatera, a nie opis jego odczuć czy osobowości. Narrator wcale nie załatwi sprawy tak dobrze jak sama postać. Daj się jej wypowiedzieć, jeżeli już zdecydujesz się, by napisać dobry dialog. A wtedy postaraj się, by nie był jałowy. Okraś go narracją. Bardzo podobały mi się krótkie opisy miejsc u Jakuba Żulczyka w przerwach między dialogiem, choćby w Ślepnąc od świateł. Zobaczcie zresztą sami:

 

Widzę, jak bierze do rąk filiżankę z kawą, i już wiem, że dalej robi to, co robił.

- Słyszałem, że się grubo szykujecie na Śródmieście - mówi.

- Co znaczy: grubo? - pytam.

- Te hipsterownie w centrum. Słyszałem, że się kręcicie. Wiesz, ja nie siedzę w imprezach - dodaje i mruga okiem.

Wszystko jasne. Patrzy na swoją certinę, powoli, abym o niej nie zapomniał.

- Zawsze ktoś kręci się wokół czegoś - odpowiadam.

- Słuszna uwaga - dodaje. - Dla ciebie to musi być żyła złota, kurwa. Ale ja też ostatnio nie narzekam.

- Nigdy nie narzekałeś - odpowiadam.

To prawda. Zawsze był z siebie zadowolony.

Kelnerka przynosi mu jego jajka po benedyktyńsku. Przez chwilę dokładnie je ogląda, jakby szukał mikroskopijnych zabrudzeń. 

- Słyszałem, że plują tu do jedzenia - mówi.

- To czemu tu przychodzisz? - pyta Pazina.

- Bo jest niezłe, nawet jeśli do niego plują - mówi, odkrawa widelcem połowę posiłku i ładuje go sobie do ust.

Je brzydko, mlaszcze. Jest z Gocławia, z rodziny, w której nie nauczono go normalnie jeść.

- Wszędzie plują do jedzenia - zwracam mu uwagę.

 

Uzupełnianie dialogu wydarzeniami z tła, gestykulacją bohaterów oraz opisem czynności, jakie przy okazji rozmowy wykonują, od razu punktuje. Sprawia, że kiedy postaci toczą ze sobą dyskusje, świat wcale nie zastyga w bezruchu, tylko żyje dalej. O takich dopełnieniach dialogów również warto pamiętać.

 

Manuel Lao, Flickr

 

Dlaczego wobec tego, skoro widać już, że można napisać dobry dialog, wcale za taką formą urozmaicenia tekstu nie przepadam? Ponieważ łatwo można się tutaj wyłożyć, a sporo autorów traktuje dialogi jako obligatoryjne w swojej twórczości. Akcja toczy się często tylko w dialogach, zresztą, rzućmy okiem na seriale. To głównie rozmowy, aktualnie nie tylko człowiek-człowiek, ale człowiek-telefon-człowiek czy człowiek-skype-człowiek. Może jestem trochę przemęczona nieustanną peplaniną. W mediach. Na ulicy. Gdziekolwiek. Gada się, byle tylko gadać, a tego zdecydowanie nie lubię, nieważne, czy w życiu, czy w sztuce. 

 

Cisza przy­jacielu, roz­dziela bar­dziej niż przes­trzeń. Cisza przy­jacielu nie przy­nosi słów, cisza za­bija na­wet myśli. 

 

Może w pewnym sensie Halina Poświatowska, autorka powyższego cytatu, ma słuszność, jednak cisza bywa najcudowniejszym rodzajem muzyki.

 

A to, co niewypowidziane, bywa najbardziej istotne.

 

________________________________________________________________

* Łac. sztuka dobrego mówienia.

** Dlaczego nie snapchatu? Bo instagrama? A czemu nie instagramu? Coś mi nie pasuje. Rado Języka Polskiego, bierz się do roboty. 

Źródło materiału: http://fabryka-dygresji.blogspot.com/2015/08/jak-napisac-dobry-dialog.html

Jakub Żulczyk - Radio Armageddon

Młodość, wściekłość, bunt, ćpanie, pobicia, hektolitry alkoholu, muzyka, walka, idea... To wszystko i jeszcze więcej znajdziecie w książce Jakuba Żulczyka pt. Radio Armageddon. Zapraszam niekoniecznie na recenzję, ale do poznania moich wrażeń z lektury.

 

 

Radio Armageddon, druga książka w dorobku Jakuba Żulczyka, która ukazała się po raz pierwszy w 2008 roku, zaś w tym roku doczekała się wznowienia przez wydawnictwo Świat Książki, jest bardzo ciekawym zjawiskiem, jeśli chodzi o konstrukcję. Niby przeważnie mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, ale co chwila zdarza się też, uwaga, drugoosobowa, i to jest jedna z przyczyn, dlaczego tak bardzo spodobała mi się ta lektura. Uchwycenie perspektyw różnych bohaterów i ich zderzenie z sobą to naprawdę intrygujący zabieg, ujawniający ich rozmaite sympatie, antypatie, podejście do tych samych spraw. 

 

Zaraz, jakich bohaterów?

 

 

Głównie Szymona, którego rodzice tłamszą od dziecka, trzymając pod kloszem. Nadzieję, zakompleksioną z powodu wysokiego wzrostu dziewczynę, która czuje misję pomagania wszystkim dookoła i bycia lubianą. Oraz Cypriana, charyzmatycznego, elokwentnego, niezwykle inteligentnego nastolatka, który postanawia nagle zburzyć ład świata podporządkowanego komercji i układom. Cała trójka chodzi do prywatnego liceum wraz z Gnatem, który próbuje przelecieć wszystko, co się rusza. Kiedy w krytycznej sytuacji Kamil, zwany Jezusem, ratuje im życie, w piątkę zakładają zespół punkrockowy Radio Armageddon. Ich muzyka wyzwala w młodych ludziach zwierzęce instynkty. Prowokuje nastolatków do wandalizmu. Do wyrzucenia z siebie całej złości, która kipi w pokoleniu urodzonym po '89 roku, kiedy wolność trąci obłudą, a poczucie bezpieczeństwa stanowi zagładę dla intelektu i kreatywności.

 

Pod tą historią kryje się jednak coś jeszcze. Duże problemy ludzkości biorą się z tych małych. I chyba to mnie najbardziej zainteresowało. Tło tej opowieści, pełnej krwi, smrodu rzygowin, brudu zdrad i szaleńczej gonitwy za niedoścignionymi wartościami (a zatem opowieści bardzo życiowej), a może jej drugie dno. Tłamszenie dzieciaków przez ambicje rodziców, niszczenie rodziców przez dzieciaków, którzy nie potrafią i nie chcą się z nimi komunikować. Przepaść pokoleniowa, samotność pośród tłumu, odrzucenie przez rówieśników... I narkotyki. Najgorsze gówno, w jakie może wdepnąć człowiek. Jeśli chodzi o ten wątek, Radio Armageddon stanowi jakby uwerturę do Ślepnąc od świateł. Pod względem młodzieńczego ducha i walki z systemem jest jakby kontynuacją oraz zdecydowanym pogłębieniem debiutu Żulczyka, Zrób mi jakąś krzywdę

 

Czy kiedykolwiek mieliście wrażenie, że zostaliście oszukani?

 

Tak zwraca się lider Radia Armageddon, Cyprian, do tysięcy nastolatków, którzy przychodzą na ich koncerty. I tak Żulczyk przemawia do czytelników. Oczywiście, że czujemy się oszukani. Przez kolorowe reklamy proszków do prania, po których wydaje się, że sprzątanie jest czynnością przyjemną i relaksującą. Przez rodziców, którzy albo całe życie nam wmawiają, że jesteśmy do niczego, albo że jesteśmy geniuszami i możemy robić w przyszłości dokładnie to, co tylko będziemy chcieli. Przez tak zwanych przyjaciół, którzy są z nami tylko po to, by skryć się w czyimś cieniu, zapewnić sobie cień, który chodziłby za nami krok w krok lub po prostu nie odczuwać obrzydliwego smaku samotności. Nawet rzeczywistość nie musi być prawdziwa. 

 

Książka bardzo przypomina mi Fightclub, więc jeżeli książka Chucka Palahniuka przypadła Wam do gustu, bez obaw sięgajcie po Radio Armageddon Jakuba Żulczyka, będziecie zadowoleni. Sama dopiero w książkę wciągnęłam się jednak od jakiejś połowy, kiedy doszło do opisu wydarzeń z juwenaliów. Wcześniej również było ciekawie, nie tylko za sprawą narracji, o czym pisałam na samym początku, lecz także retrospekcji. Najpierw dowiadujemy się, że zespół jest w fazie rozkładu z powodu zaginięcia Cypriana. Później poznajemy to, co wpłynęło na sformowanie Radia Armageddon. I w ten sposób mamy do czynienia z dwoma liniami akcji. 

 

A zakończenie? 

Powala. Książka od samego początku trzyma w napięciu, lecz kilkanaście ostatnich stron to istne apogeum. Liczyłam czas razem z bohaterem i trzymałam za niego kciuki. Nauczona przez lekcję ze Ślepnąc od świateł, podejrzewałam, jaki będzie finisz. Ale i tak się zdziwiłam. 

 

Wszystko już było, więc skoro mamy wszystko, nie mamy nic. 

Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone. 

 

Takie książki powinna czytać młodzież, nie tylko o jakichś wampirach, księżniczkach czy innych pokemonach. To w takich książkach jest prawda. Co z tego, że nieładna i cuchnąca? Co z tego, że wulgaryzm stoi obok wulgaryzmu? Takie jest życie, a im wcześniej się z jego różnymi aspektami spotkamy, tym lepiej dla nas. 

 

7/10

 

 

 

Źródło materiału: http://fabryka-dygresji.blogspot.com/2015/08/jakub-zulczyk-radio-armageddon.html

Hejt na vlogerki książkowe

— feeling doubt
Tak naprawdę dzisiejszy wpis nie będzie miał nic wspólnego z prawdziwym hejtem, który definiują bezpodstawność zarzutów i chęć ulżenia sobie poprzez zniszczenie psychiki innego człowieka. Mój hejt na vlogerki książkowe będzie raczej wyżaleniem się, bo choć bardzo chciałabym trafić na dobry vlog, traktujący o książkach bądź tematyce okołoliterackiej, niestety, wszechświat i wszechwiedzące chmury tagów odmawiają mi tej możliwości.
 
http://startupstockphotos.com/
Przeanalizowałam kilka, może kilkanaście vlogów. Tych najpopularniejszych i tych mniej popularnych. Widziałam różne blogi, różne dziewczyny, przeważnie te same książki - o czym zaraz. U każdej z vlogerek irytują mnie oczywiście inne rzeczy - jedna się garbi, inna drze ryja, nie wiadomo po co, jeszcze inna ucieka wzrokiem od obiektywu, jakby działa się w nim jakaś szatańska orgia. Większość popełnia jednak te same błędy, i to z ich winy nie mogę znaleźć w sieci nic w miarę dobrego. Wobec tego postanowiłam podzielić się z Wami moimi uwagami, bez podawania konkretnych przykładów, kto co robi. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że jeśli przez przypadek jakaś vlogerka trafi tutaj, to może przeczyta i zacznie nad sobą pracować, albo wymyśli nową, lepszą koncepcję swojego programu. 
dalej »
Źródło materiału: http://fabryka-dygresji.blogspot.com/2015/08/hejt-na-vlogerki-ksiazkowe.html
Egzekutor. Samotność świata islamu - Rafał Krawczyk
"W oazie wrzało. Mężczyźni zastygli przy wieczornej herbacie z miętą. Opustoszała palarnia nargili. Z wrażenia zamilkły nawet kobiety.
— Rodzina Jasmine odprawiła swatów mułły Ibrahima! — wiadomość powtarzana podnieconym szeptem obiegała oazę.
Hayshem biegał po zapylonych uliczkach jak oszalały w poszukiwaniu zwolenników sojuszników gotowych pomścić zniewagę.
— Mówią — wrzeszczał — że kobieta ma prawo sama wybrać męża! Słyszycie? Sama wybrać! — Wrzask przeistaczał się w ryk zranionego zwierzęcia. — Ja jej się nie podobam! Nie podobam się chrześcijance!
— Skandal! — wrzeszczała grupka brodatych młodzieńców ubranych w równie brudne dżalabije. — Popędzić im kota! Precz z Koptami! Allah akbar! Allah akbar!
"